sobota, 4 stycznia 2014

Kampanie jak malowane

Śniadanie na trawie z Kate Moss, matka Whistler’a trzymająca botek Christiana Louboutin, martwa natura z torebką Valentino - twórcy kampanii reklamowych największych domów mody coraz częściej romansują ze sztuką, i to wcale nie tą współczesną. Niezależnie od tego, czy to romans o charakterze frywolnym i żartobliwym, czy zupełnie na serio, zawsze wzbudza niemałe kontrowersje. Kampanie reklamowe inspirowane malarstwem są więc zwykłą profanacją i tanim chwytem marketingowym, a może istotną próbą dyskusji ze sztuką i nadania jej nowego, współczesnego znaczenia?

Christian Louboutin - lookbook 2008. Zdjęcie Peter Lippmann.  Źródło: http://www.peterlippmann.com
Sztuka duetu – Lippmann i Louboutin


Nie ma na świecie kobiety, która nie pragnęłaby moich szpilek – pomyślał Christian Louboutin i wraz z fotografem Peterem Lippmannem stworzył kampanie na jesień/zimę 2011, w której modelki wcieliły się w role bohaterek portretów dawnych mistrzów. Kobiety z różnych epok – od renesansu aż po XIX wiek – połączyły dodatki od Louboutina. Bo czyż młodziutka markiza d’Antin uwieczniona na płótnie Nattiera gdyby tylko mogła, nie narzuciłaby na ramię luksusowej torebki w bardzo modne zresztą w XVIII wieku lamparcie cętki? Czy Elżbieta Austriacka pogardziłaby iście królewskimi złotymi szpilkami i torebką? Być może nawet Świętej Dorocie czy Marii Magdalenie zdarzyłoby się zapatrzeć  na oszałamiające buty z czerwoną podeszwą. Konkluzja jest prosta - niezależnie od wieku, statusu społecznego czy epoki wszystkie kobiety pożądają Louboutin.












Choć na pierwszy rzut oka, kampania projektanta może wydawać się zuchwałą profanacją, wnikliwy obserwator dostrzeże w niej znacznie więcej niż bezwstydne kopie znanych dzieł.  Lippmann i Louboutin z pewnością nie poszli na łatwiznę, a ich inspiracja daleka jest od dosłowności. Na przykład młodziutka i niewinna dziewczynka z portretu Corota na zdjęciu Lipmanna trzyma klasyczną czarną szpilkę z paskiem wokół kostki, spoglądając na widza i zalotnie się uśmiechając. Nie jest już nieświadomym dzieckiem, lecz pewną siebie, dojrzewającą kobietą.





Portrety zostały poddane modyfikacjom, które uczyniły z nich wdzięczną i pełną poczucia humoru interpretację dawnej sztuki. Elżbieta Austriacka na obrazie Clouet’a nosi sztywny, zabudowany strój w stylu hiszpańskim. W kampanii Louboutin francuska królowa została ubrana w lżejszą suknię na wzór szesnastowiecznej mody włoskiej. Zabieg ten można traktować jako dyskretnie i żartobliwie nawiązywanie do wysokich, bogato zdobionych, złotych szpilek i torebki, o których dziś powiedzielibyśmy, że są w bardzo włoskim stylu. Dzięki podobnym niuansom z historii sztuki i mody kampania Louboutin i Lippmanna  buduje intrygujący i humorystyczny dialog między przeszłością a teraźniejszością.




źródło zdjęć z kampanii: lamode.info 

Ten sam duet kontynuując tradycję, stworzył kampanię na tegoroczną zimę, inspirowaną twórczością Petera Rubensa. Tym razem do Louboutinów nie wzdychają zwykłe kobiety, ale sami bogowie! Lippmann kreuje bajkowe i surrealistyczne obrazy, nawiązujące do mitologicznych motywów w twórczości flamandzkiego mistrza. I tak oto wojownicza Atena z „Sądu Parysa” do swoich tradycyjnych atrybutów dołącza parę obłędnie wysokich, złotych sandałów, nieco odchudzone gracje niosą kosz wypełniony kwiatami i najnowszymi modelami szpilek, Goliatowi dostaje się torebką-kolczugą i porządnym, ciężkim obcasem, a Dionizos z Louboutinów popija wino. Pięknie wykonana pod względem estetycznym kampania współgra z beztroskim klimatem Rubensa, choć jest jednocześnie ukłonem w stronę surrealistycznych kontrastów. Taka sesja jest bez wątpienia ciekawym i nieoczywistym sposobem na prezentację najnowszej kolekcji francuskiego mistrza obuwia. Porównując tegoroczne zdjęcia z tymi z 2011 roku, odczuwam jednak pewien niedosyt. Brakuje polemiki z będącymi inspiracją dziełami, drobnych smaczków i niuansów, które sprawiają, że kampania pozostawia w głowie odbiorcy coś więcej niż przyjemne doznanie estetyczne.   












źródło zdjęć z kampanii: vogue.it 

Vanitas u Valentino

Zanim Lippmann i Louboutin sięgnęli po malarstwo słynnego Flamandczyka i najznakomitszych portrecistów, we wspólnej kampanii na jesień/zimę 2008 wkomponowali buty w barokowe martwe natury. Ten sam pomysł wykorzystali projektanci Valentino – Maria Grazia Chiuri i Pierpaolo Piccioli - w tegorocznej zimowej kampanii marki. Zdjęcia wykonane przez Inez&Vinoodh są hołdem dla złotego wieku malarstwa flamandzkiego i holenderskiego. Kampania czepie z barokowych portretów i martwych natur, łącząc najbardziej rozpoznawalne elementy stylu mistrzów epoki. W fotografiach jest zarówno coś z rubensowskiej obfitości, lekkości i wrażliwości na kolor, jak i mistrzowskiego operowania światłocieniem Rembrandta. Modelki przyjmują pozy jak na portretach Vermeera, a na pierwszy plan, zgodnie z barokową, portretową tendencją, wysuwają się twarze i dłonie zastygłe w wyszukanej pozie. Kreacje odznaczają się barwną plamą od jednolitego, czarnego tła, co pięknie podkreśla ich kunszt i dostojność. Dodatki zostały natomiast wyeksponowane jako element martwych natur, w których niczym na obrazach Cleasza Hedy do głosu dochodzi przede wszystkim piękno przedmiotu. Tak oto buty i torebki Valentino zostały symbolicznie wpisane w rejestr przedmiotów rzadkich i luksusowych, którymi chełpiło się kupieckie społeczeństwo dawnej Republiki Holenderskiej.







źródło zdjęć: elle.pl 

Kampania marki jest esencją barokowego malarstwa Flandrii i Niderlandów, w której człowiek, przedmiot, światło i kolor łączą się w piękną, nieco refleksyjną całość. Zastanawia jednak wykorzystanie w sesji motywu vanitas. Zamiast klasycznych martwych natur, skupiających się na materialnym pięknie przedmiotów, Chiuri i Piccioli zdecydowali się na inspirację tymi przepełnionymi symbolami śmierci i przemijania – więdnącymi kwiatami, czaszkami i klepsydrami. Być może to refleksja nad „marnością” epoki fast fashion? Dla mnie motyw vanitas u Valentino jest przede wszystkim trafnym komentarzem dotyczącym ulotności i przemijalności samej mody i trendów, które zaczynają umierać już z chwilą swoich narodzin. Przecież zgodnie z okrutnymi prawami współczesnych mód, przedstawione ubrania i dodatki nie mają prawa być „na topie” dłużej niż jeden sezon. A jednak naturalność, z jaką modelki prezentują się w roli barokowych dam każe nam przypuszczać, że suknie Valentino z powodzeniem przetrwają próbę czasu.

I kto tu nosi spodnie?

Co sprawia, że kampania inspirowana dawną sztuką nie jest jedynie ładnym, malowniczym obrazkiem, a intrygującą, nową interpretacją starych dzieł? Yves Saint Laurent i Mario Sorrenti z pewnością poznali ten sekret. Kampania Rive Gauche z 1998 roku, którą wspólnie stworzyli już na pierwszy rzut oka porusza i wzbudza niepokój. Inspirowana najsłynniejszymi światowymi dziełami, zupełnie zmienia ich wymowę poprzez jeden, prosty zabieg – odwrócenie ról płci. Olimpia Maneta nie tylko nie jest naga, ale nie jest też kobietą. Zamiast Gabrieli d’Estrees na słynnym obrazie szkoły Fointainebleu widnieje model, któremu w kąpieli towarzyszy ubrana w koronkową suknię Kate Moss. Najbardziej wymowna jest chyba jednak interpretacja „Śniadania na trawie”, w której to ubrana w kultowy smoking Kate leży obok dwóch zupełnie nagich modeli. Saint Laurentowi i Sorrentiemu udało się sprawić, że niegdyś szokujący i gorszący, a dziś na stałe wpisany do kanonu sztuki obraz Maneta, znów wzbudza skrajne emocje. Głównym źródłem kontrowersji pozostaje postać kobiety, która przewrotnie zaskakuje nie naturalistycznym przedstawieniem nagości, lecz zuchwałą wręcz dominacją, jaką daje jej… ubranie. Podobnie jak kobieca postać na oryginalnym obrazie, Kate odważnie spogląda na widza, kompletnie ignorując towarzyszących jej modeli. Jednak wbrew pierwotnej wizji Maneta, mężczyzna na pierwszym planie nie rozmawia z towarzyszem, ale jest zwrócony ku kobiecie i w nią wpatrzony. Tak wykreowana wersja słynnego obrazu to idealny przykład twórczego dialogu ze sztuką, dzięki któremu największe dzieła na nowo odżywają w ludzkiej świadomości, przestając być jedynie reliktem przeszłości zamkniętym w muzeach. 






źródło zdjęć: http://the-wearability.blogspot.com/

***

O ile związki mody ze sztuką współczesną wydają się dziś wręcz naturalne, o tyle inspiracje minionymi epokami wielu uważa za niestosowne kpiny z mistrzów malarstwa. Miłośnicy sztuki z reguły z niesmakiem i kpiącym uśmiechem kręcą głowami – przecież Rubens przewróciłby się w grobie, gdyby widział, co zrobiono z jego dziełami, i to dla czystej komercji! Czy aby na pewno? Pomyślcie, czy gdyby mistrzowie dawnego malarstwa przenieśli się w czasie do naszej epoki, nie byliby zainteresowani pięknymi, pobudzającymi masową wyobraźnię akcesoriami i strojami czołowych domów mody? Czy Manet faktycznie czułby się urażony kampanią YSL interpretującą na nowo jego dzieła? Cóż, przypuszczam, że już prędzej Mondrian, który do swoich pionów i poziomów dorobił życiową ideologię, miałby do Yvesa pretensje o sprowadzenie jej do wzoru na sukience

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz